Nasza strona wykorzystuje pliki cookies, które są zapisywane przez przeglądarkę na dysku twardym użytkownika w celu ułatwienia poruszania się po witrynie oraz dostosowania Serwisu do preferencji użytkownika. Istnieje możliwość zablokowania zapisywania plików cookies poprzez odpowiednią konfigurację przeglądarki internetowej, jednak blokada ta może spowodować niepoprawne działanie niektórych funkcji w serwisie. Brak zmiany ustawień przeglądarki internetowej na blokowanie zapisu cookies jest jednoznaczne z wyrażeniem zgody na ich zapisywanie.  Więcej o "cookies"
 

Felietony nie z ambony

     I po raz kolejny czuję się wywołana do odpowiedzi. Tym razem postawiono mi pytanie, które brzmi banalnie: Co to znaczy być dobrym człowiekiem? Czym jest dobro?

     Te oczywiste oczywistości nie wiadomo czy w ogóle zasługują na to, aby je przelać na papier. Bo czyż pytanie o dobro nie jest tak proste jak to, że dwa plus dwa równa się cztery? Najłatwiejsze działanie, więc nad czym tutaj się roztkliwiać? Podobnie jest z dobrem, bo dobro to dobro i już. To uśmiech, życzliwa dłoń, ciepłe słowo, troska. Więc co nie jest jasne? Dlaczego wątpliwości budzi pytanie: Co to znaczy być dobrym człowiekiem? A jednak...

 

    Sukces!!! Udało się!!! Jest cudownie! Wspaniale! Gratulacje i słowa uznania sypią się ze wszystkich stron. Ego pęcznieje, aż słychać, jak trzeszczy w szwach. Ach, jak jest dobrze! Człowiek czuje się mocny, sprawczy, mądry, kompetentny. Słowem WIELKI!!! W takiej euforii można góry przenosić, tańczyć, śpiewać, skakać z radości. Tyle pracy, wysiłku, stresu czy się uda i wreszcie jest! Taaakie uznanie! No cóż, skromnie mówiąc - należało się. To była dobra robota. Szanse na wygraną od początku były duże. Ma się ten szyk, tę klasę i już. Konkurencja niech drży! 

   Jeden ksiądz mi niedawno powiedział: „Bogu trzeba dać czas”. Hm... Po co Bogu mój czas? Mnie to on jest rzeczywiście potrzebny, bo przecież trzeba iść do pracy, posprzątać w domu, zakupy zrobić, zadzwonić tu i tam, pranie powiesić. I rzecz jasna jeszcze musi starczyć czasu na zajrzenie do komputera, na Facebooka, rozmowy (o) ze znajomymi, kremik trzeba wieczorem wklepać, film obejrzeć. Lata lecą, trzeba korzystać z życia.

 

   Szach mat. Choćby człowiek nie wiem jak mocno wierzył w swoje siły, czasami choroba jest silniejsza. I nawet jeśli plany na dziś, jutro, pojutrze były niezwykle ambitne, to trzeba spojrzeć prawdzie w oczy: czas odpuścić. Wszystko boli: mięśnie, skóra, plecy, w głowie szumi. Gorączka rośnie w zatrważającym tempie. Mózg nie pracuje. Cóż... nie ma wyjścia. Trzeba zostawić sprawy tego świata i zająć się... No właśnie... czym? Siąść – nie, jakoś tak źle się siedzi, wstać – też nie, ciągnie człowieka ku dołowi. No to położyć się można – oj, ciężko wyleżeć, kiedy wszystko boli. To co ze sobą zrobić? I pomyśleć, ze jeszcze dwa, trzy dni temu tyle rzeczy było możliwych: i wstawanie, i siadanie, i jakiś wyjazd. Wszystko, a teraz nagle jakby świat schował się za szybą. Nic nie jest osiągalne. Nic, co ludzkie... 

    Wdzięczność to trudny temat, bo jak tu być wdzięcznym za życie, zdrowie, ręce, nogi, kiedy tyle spraw wali się na głowę? Sąsiadka wkurza człowieka od rana, w kolanie coś strzyka od wczoraj, nawet posiedzieć spokojnie nie można tak łupie, głowa boli (pewnie od tej chemii w jedzeniu, teraz to do wszystkiego to dodają), nawet kot jest jakiś wredny, tak się dziwnie patrzy na człowieka... Ciekawe, co w tej jego głowie siedzi?